Bzdury spod poduszki#8 Juda
Podwaliny mojego świata. Moja zapewne sinusoidalna fala, dobitny ale i krótki release z delayem na 3/4 a'la ping pong. Wyraźny sidechain rwany na "i" do stopy...stopy mam mokre, woda obmywa resztki bursztynowego piasku, ciepło słońca...idealny układ. - całość przybiera kształt lead'a. Konstrukcja uniwersalna- początek wszystkiego na czym stoję.
Śmieją się czasem - sam się śmieję, kiedy śpię i śnię o muzyce tańczę "na sucho" wywijając stopą szesnastkami. Palce prawej dłoni odruchowo układam tak, jakby chcieć wywołać sratch na decku...
Na wyspie wiązów życie płynie inaczej, trawy dogasają kiedy wchodząc na podwórze zakładam kurtkę znów na "prawą" stronę. Biały pies siada koło mnie patrząc w te samy gwiazdy...ogromne gwiazdy, niektóre spadając znaczą lśniący rys. Czuję nieopisaną miłość do istoty siedzącej koło mnie, przywiązanie, zrozumienie - ufność.
Nagle podnoszę oczy znów ku niebu jednak pode mną zamiast wystudzonego brakiem słońca wylanego chodnika, jest ciepła papa. Zbierała to ciepło przez cały dzień dla tej chwili. Powietrze ma jeszcze smak piwa, najlepszego na świecie taniego piwa. W butelce słychać odgłosy świerszczy, które wraz z ciepłym wiatrem, zieloną miękką trawą i zapachem sosen odbijają się na ciemnym widnokręgu.
Noc zapaliła swe lampki na niebie, te świecą subtelnie...magicznie, trywialnie - energia jest tak silna, że nagle zdaję sobie sprawę, rozmarzony tak bardzo nie słyszę zażartej rozmowy moich przyjaciół. A leżymy przecież na "Placusiu" - jest późno, chyba powinienem już być w domu..mrugam nerwowo oczami jakbym ocknął się po raz drugi. Na dachu ciepło papy uświadamia mnie, że piwa było wiele przy ognisku - pies patrzy w skupieniu w poruszające się w oddali porzeczkowe krzewy. Pewnie zając.
Może poleżę jeszcze chwilę -myślę sobie. Sowa pozdrowiła nas z niedaleka.
Ciekawe czy wciąż trawa wśród której wyrosłem jest tak samo zielona i miękka jak kiedyś? Ojczyzna w sercu, nie ważne jak mała - jak utopijna, jak infantylna. Chociaż mam świadomość, że te obrazy przekontrastowałem w mojej głowie, tak zawsze chciałem by było. Pięknie, zbyt pięknie by było realne. Tak dobre, bym pokochał to miejsce wręcz platonicznie. Być może tak nigdy nie było, a może jednak leżałem na tym ciepłym dachu z psem i patrzyłem w to niebo? Początek i koniec.
Na wyspie wiązów życie płynie inaczej, trawy dogasają kiedy wchodząc na podwórze zakładam kurtkę znów na "prawą" stronę. Biały pies siada koło mnie patrząc w te samy gwiazdy...ogromne gwiazdy, niektóre spadając znaczą lśniący rys. Czuję nieopisaną miłość do istoty siedzącej koło mnie, przywiązanie, zrozumienie - ufność.
Nagle podnoszę oczy znów ku niebu jednak pode mną zamiast wystudzonego brakiem słońca wylanego chodnika, jest ciepła papa. Zbierała to ciepło przez cały dzień dla tej chwili. Powietrze ma jeszcze smak piwa, najlepszego na świecie taniego piwa. W butelce słychać odgłosy świerszczy, które wraz z ciepłym wiatrem, zieloną miękką trawą i zapachem sosen odbijają się na ciemnym widnokręgu.
Noc zapaliła swe lampki na niebie, te świecą subtelnie...magicznie, trywialnie - energia jest tak silna, że nagle zdaję sobie sprawę, rozmarzony tak bardzo nie słyszę zażartej rozmowy moich przyjaciół. A leżymy przecież na "Placusiu" - jest późno, chyba powinienem już być w domu..mrugam nerwowo oczami jakbym ocknął się po raz drugi. Na dachu ciepło papy uświadamia mnie, że piwa było wiele przy ognisku - pies patrzy w skupieniu w poruszające się w oddali porzeczkowe krzewy. Pewnie zając.
Może poleżę jeszcze chwilę -myślę sobie. Sowa pozdrowiła nas z niedaleka.
Ciekawe czy wciąż trawa wśród której wyrosłem jest tak samo zielona i miękka jak kiedyś? Ojczyzna w sercu, nie ważne jak mała - jak utopijna, jak infantylna. Chociaż mam świadomość, że te obrazy przekontrastowałem w mojej głowie, tak zawsze chciałem by było. Pięknie, zbyt pięknie by było realne. Tak dobre, bym pokochał to miejsce wręcz platonicznie. Być może tak nigdy nie było, a może jednak leżałem na tym ciepłym dachu z psem i patrzyłem w to niebo? Początek i koniec.
Komentarze
Prześlij komentarz