Bzdury spod poduszki #15 Balans bieli
24 grudnia
• firmowe imprezy • dopinanie spraw • ciepłe reklamy • rozgorączkowany rynek • wełniane swetry • tandetne komedie • ...dzieci z Bulerbyn
Kiedy przypominam sobie moje "wyśnione" święta z dzieciństwa wydaje mi się, że było wtedy tak dobrze - tak wzorowo, że nawet uśmiechnięty Santa z reklamy Coli z lat 90' nie przebije tej atmosfery. (mimo, że jest częścią tej wizji)
Szukam skojarzeń na zobrazowanie w taki ludzki obrazkowy sposób - lecąca naprzód cynamonowa lśniąca smuga dotykająca każdego i wszystkiego po kolei w swojej drodze gdzieś do rozgrzanego kubka herbaty, jak za dotknięciem magicznej różdżki maluje wszystkim uśmiechy na twarzy, rozpala kominki, rozpala światełkami ośnieżone choinki gdzieś na skraju przełęczy pośród niczego...ludzi stać na drogie prezenty i wszyscy popierdalają na nartach w wełnianych swetrach - istne "Last Christmas". Tak sobie myślę, jakie to chujowe jest, sztuczne, plastikowe, rozbuchane marketingowe zło, a jednak - kocham to. Nie potrafię prócz sierpniowych nocy w moich lasach niczego innego porównać z tym fenomenem.
Jako syn i już ojciec zastanawiam się, co wówczas było tak silnym bodźcem w mojej głowie, że ta magia nie uleciała. W domu się nie przelewało, było ciężko i zimno, mój Tata przeważnie za granicą, Mama non stop forsowała, nie miałem na to co chciałem, a w szkole poniewierali. Co, a raczej kto stoi za tak idealistycznym wspomnieniem generującym w człowieku spokój, ciepło i szczery uśmiech. Przecież nie Drozda.
Rodzina.
Październik, listopad, grudzień - popołudnia były ciemne, wieczory zimne i smętne.
Charakterystyczne skrzypienie śniegu pod butami, kiedy donosiłem drewno na opał z małej szopki łączyło się z ujadaniem psów w oddali. Przestrzeń o tej porze roku bywała frustrująca. Ludzie lgnęli do siebie. Pragnęli pogadać, posiedzieć, wymienić zdania, napić się i pośmiać. Pamiętam sałatki, śledzie których nigdy nie jadłem, kotlety, aromat bigosu, pierogów i pieczonych udek z kurczaka. Pamiętam, jak uwielbiałem się tarzać po podłodze z młodszym kuzynem, a w przerwach zbierać opierdol za zbyt głośnie zachowanie. Byli tam wszyscy. Za oknem hulał wiatr, mróz w porywach sięgał -40 stopni C, samochody ciężko paliły, pijany wujek całował na dowidzenia prosto w usta kłującym wąsem, a Ojciec rozmieszał do łez młodsze towarzystwo w drodze powrotnej - w zależności kto kogo odwoził. Im dalej tym lepiej było.
Czułem się totalnie bezpieczny. Wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Wówczas na świecie nie było niczego innego co byłoby ważniejsze niż właśnie to świąteczne posiedzenie.
Dziś? - no cóż - większość postawionych poprzednio pytań odnajduje w tej puencie odpowiedź. To w nas - ludziach jest problem, a raczej w naszych czasach i tej bzdurnej pruderyjnej, ociekającej naiwną niezależnością modzie na bycie panem samego siebie. Izolujemy się w swoich strefach, wstydzimy się porażek, problemów.
Rodzina to może i kolej rzeczy, ale przede wszystkim okowy poczucia swojej wartości i naturalne środowisko wypełniające naszą potrzebę przynależności.
Wystarczy się uważnie rozejrzeć, popatrzeć w stare zdjęcia, na chwilę stanąć w miejscu- tak nawiasem mówiąc, będąc już tam po stronie tych starszych, warto czuć ten ciężar, tą powagę kreacji, poczucia, którą później kolejna młoda głowa zapamięta na całe swoje życie. Aż dziw bierze jakie to proste.
A teraz zamknij na chwilę oczy i przypomnij sobie najcieplejszy w sercu moment z dzieciństwa, nawet jeśli twierdzisz że nie lubisz świąt, ja postawię all in, że były to właśnie Święta Bożego Narodzenia.
Niech wróci normalność znów - życzę sobie, również i Wam.
Wesołych Świąt.
• firmowe imprezy • dopinanie spraw • ciepłe reklamy • rozgorączkowany rynek • wełniane swetry • tandetne komedie • ...dzieci z Bulerbyn
Kiedy przypominam sobie moje "wyśnione" święta z dzieciństwa wydaje mi się, że było wtedy tak dobrze - tak wzorowo, że nawet uśmiechnięty Santa z reklamy Coli z lat 90' nie przebije tej atmosfery. (mimo, że jest częścią tej wizji)
Szukam skojarzeń na zobrazowanie w taki ludzki obrazkowy sposób - lecąca naprzód cynamonowa lśniąca smuga dotykająca każdego i wszystkiego po kolei w swojej drodze gdzieś do rozgrzanego kubka herbaty, jak za dotknięciem magicznej różdżki maluje wszystkim uśmiechy na twarzy, rozpala kominki, rozpala światełkami ośnieżone choinki gdzieś na skraju przełęczy pośród niczego...ludzi stać na drogie prezenty i wszyscy popierdalają na nartach w wełnianych swetrach - istne "Last Christmas". Tak sobie myślę, jakie to chujowe jest, sztuczne, plastikowe, rozbuchane marketingowe zło, a jednak - kocham to. Nie potrafię prócz sierpniowych nocy w moich lasach niczego innego porównać z tym fenomenem.
Jako syn i już ojciec zastanawiam się, co wówczas było tak silnym bodźcem w mojej głowie, że ta magia nie uleciała. W domu się nie przelewało, było ciężko i zimno, mój Tata przeważnie za granicą, Mama non stop forsowała, nie miałem na to co chciałem, a w szkole poniewierali. Co, a raczej kto stoi za tak idealistycznym wspomnieniem generującym w człowieku spokój, ciepło i szczery uśmiech. Przecież nie Drozda.
Rodzina.
Październik, listopad, grudzień - popołudnia były ciemne, wieczory zimne i smętne.
Charakterystyczne skrzypienie śniegu pod butami, kiedy donosiłem drewno na opał z małej szopki łączyło się z ujadaniem psów w oddali. Przestrzeń o tej porze roku bywała frustrująca. Ludzie lgnęli do siebie. Pragnęli pogadać, posiedzieć, wymienić zdania, napić się i pośmiać. Pamiętam sałatki, śledzie których nigdy nie jadłem, kotlety, aromat bigosu, pierogów i pieczonych udek z kurczaka. Pamiętam, jak uwielbiałem się tarzać po podłodze z młodszym kuzynem, a w przerwach zbierać opierdol za zbyt głośnie zachowanie. Byli tam wszyscy. Za oknem hulał wiatr, mróz w porywach sięgał -40 stopni C, samochody ciężko paliły, pijany wujek całował na dowidzenia prosto w usta kłującym wąsem, a Ojciec rozmieszał do łez młodsze towarzystwo w drodze powrotnej - w zależności kto kogo odwoził. Im dalej tym lepiej było.
Czułem się totalnie bezpieczny. Wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Wówczas na świecie nie było niczego innego co byłoby ważniejsze niż właśnie to świąteczne posiedzenie.
Dziś? - no cóż - większość postawionych poprzednio pytań odnajduje w tej puencie odpowiedź. To w nas - ludziach jest problem, a raczej w naszych czasach i tej bzdurnej pruderyjnej, ociekającej naiwną niezależnością modzie na bycie panem samego siebie. Izolujemy się w swoich strefach, wstydzimy się porażek, problemów.
Rodzina to może i kolej rzeczy, ale przede wszystkim okowy poczucia swojej wartości i naturalne środowisko wypełniające naszą potrzebę przynależności.
Wystarczy się uważnie rozejrzeć, popatrzeć w stare zdjęcia, na chwilę stanąć w miejscu- tak nawiasem mówiąc, będąc już tam po stronie tych starszych, warto czuć ten ciężar, tą powagę kreacji, poczucia, którą później kolejna młoda głowa zapamięta na całe swoje życie. Aż dziw bierze jakie to proste.
A teraz zamknij na chwilę oczy i przypomnij sobie najcieplejszy w sercu moment z dzieciństwa, nawet jeśli twierdzisz że nie lubisz świąt, ja postawię all in, że były to właśnie Święta Bożego Narodzenia.
Niech wróci normalność znów - życzę sobie, również i Wam.
Wesołych Świąt.
Komentarze
Prześlij komentarz